Jak zafundować dziecku traumę, czyli Mały Książę w wersji filmowej.

W środę, w ramach „comiesięcznego wyjścia do kina” wybraliśmy się w trójkę na Małego Księcia. Z młodym, wiadomo, nie pójdziemy na film dla dorosłych, piękna, klasyczna historia o przyjaźni, miłości i odpowiedzialności wydawała mi się świetnym wyborem, zwłaszcza w naszym przypadku, a do tego spodobała mi się strona wizualna, widziana na trailerach.

Nie mogłam się chyba bardziej pomylić.

[uwaga, będą spoilery]

W kinie (jak się okazało – na szczęście) byliśmy prawie sami. Oprócz nas była tylko jedna para dorosłych, wyrozumiałych dorosłych.
Pierwsze, jeszcze całkiem spokojne: „Ja nie chcę tego oglądać” usłyszeliśmy zaraz na początku filmu, w trakcie sceny przedstawiającej rozmowę kwalifikacyjną do szkoły. Poprzedni kandydat wychodzi z płaczem, komisja wygląda przerażająco, a główna bohaterka mdleje. Czegóż chcieć więcej.

Świat filmu zaludniony jest przez takich samych korpo-ludzi, mieszkających w takich samych kwadratowych domkach. Jedynym odstępstwem jest rzecz jasna sąsiad, stary pilot i jego malowniczy, zagracony domek z teleskopem na dachu, zwany tutaj koszmarną ruderą ;) Graficy zrobili kawał dobrej roboty, to na pewno plus, ale chyba jedyny. Piękny jest wizualny kontrast między historią 9-letniej dziewczynki i jej uporządkowanej mamy, których życie kręci się wokół harmonogramu, magnesów i wypunktowanej „drogi do sukcesu”, a opowieścią Antoine’a de Saint-Exupéry’ego o spotkaniu z małym chłopcem mieszkającym na pewnej asteroidzie. Zupełnie inny styl animacji, ale świetnie narysowana i jedna i druga wersja. Bibułkowy ogon lisa – cudo!

Co do fabuły natomiast… Moim zdaniem reżysera z lekka poniosło, zwłaszcza w drugiej połowie. Sceny w korpo-świecie, z przerysowanymi postaciami pracowników i ich szefa, z dorosłym Małym Księciem, w fabryce spinaczy, czy co to tam było, wywołały u małego niemalże histerię. Nie pomogło wzięcie na kolana, płakał, że chce wyjść, że nie chce oglądać. I pewnie wyszlibyśmy, ale bardzo liczyłam na to, że zakończenie jednak przekona go jakoś, że film nie był taki straszny.
Cóż, uschnięta róża nie pomogła ;)
(Mnie zresztą też to nie przekonało, zdecydowanie wolałabym, żeby zostawiono tu oryginalne, niedopowiedziane zakończenie, a dorosły Mały Książę (a poza tym, DOROSŁY Mały Książę?? Hello?) cofnięty magicznie w czasie i anihilowane baobaby nijak nie były usprawiedliwione fabularnie. Ot, twórcy filmy chyba się zagalopowali i nie wiedzieli jak wybrnąć, więc pomyśleli, że jak zrobią puff i wszystko będzie ok, to będzie ok. Nie. Nie jest ok.)

Film reklamowany jest jako pozycja dla dzieci, ale dla małych dzieci zdecydowanie nie jest. A już na pewno nie dla małych dzieci, które bardzo emocjonalnie reagują na sceny opowiadające o tym, że komuś dzieje się coś złego.

Zamiast rozmowy o przyjaźni, asteroidach, baranku w pudełku i pozytywnych emocjach mieliśmy rozmowę o śmierci, usychaniu i maszynach przerabiających przedmioty na spinacze i o tym, że szkoła wcale tak nie wygląda.

Tancerz

Planowałam zacząć wpisy postem nawiązującym do poprzedniego bloga, czyli scrapowym, bądź ostatecznie ogólnie rękodzielniczym, chociaż już od początku wiedziałam, że profil bloga trochę się zmieni.
Ale, jak to z planami bywa – też się zmieniają ;)

I z okazji Dnia Dziecka moim osobistym dzieckiem się pochwalę. Bo mogę. Bo chcę.

Bo w końcu dotarły do mnie zdjęcia.
Zdjęcia z turnieju. Jak łatwo się domyślić po tytule postu – z turnieju tańca.
W przedszkolu, do którego chodzi mały, dzieci mają do wyboru szereg zajęć dodatkowych. Między innymi właśnie taniec. I na ten taniec Jerzyk jest zapisany od września 2014 – czyli w tym momencie 10 miesięcy. Turniej był w połowie kwietnia. Zresztą już drugi w naszej karierze.

Dla mnie jest to wydarzenie z rodzaju tych niemalże bezprecedensowych, bo brzdąc, który wpada w panikę na widok grupy obcych, małych dzieci, który do przedszkola chodzi w słuchawkach ochronnych, bo nie może sobie poradzić z hałasem, który generalnie jak większość Aspergerowców, kiepsko sobie radzi w sytuacjach odbiegających od codziennej rutyny, tutaj był w stanie tak skupić się na tańcu i muzyce, że wszystkie te wyżej wymienione problemy odeszły w niebyt. Nie, żeby całkiem – ale na czas tańca – tak.

A oprócz niewątpliwych plusów wyżej wymienionych – efekt to znalezienie się w grupie najwyżej ocenionych dzieci i złoty medal, którego przez parę dni dosłownie nie zdejmował (przynajmniej dobrowolnie, bo mama była nieugięta w kwestii mycia i spania z wstążką na szyi) ;)